Barracudy na razie nie będzie, tymczasem...
Konik stanął już na nogach, podorabiałem pierdółki typu przewody hamulcowe i światła pozycyjne - coraz bliżej finiszu. Niestety, znowu dotknęła mnie klątwa, której nie mogę się pozbyć - chodzi o zaparowywanie oszklenia od wewnątrz. Tym razem jedno z tylnych owalnych okienek całe pokryte jest paskudnym nalotem. Mam ten problem przy którymś już z kolei modelu i szlag mnie trafia, bo nie bardzo widzę wytłumaczenie tego zjawiska. DO przyklejania oszklenia używam Tamiya extra thin, w naprawdę niewielkich ilościach. Rozważałem nawet, czy zbyt długie trzymanie masek na oszkleniu nie może wywoływać takiego efektu, bo w końcu "cudów nima". Od kolejnego modelu będę już chyba malował owiewki oddzielnie i przyklejał je na końcu jakimś specyfikiem, bo takie niespodzianki potrafią obrzydzić robotę.


I robi się kingtigera. Składam gada; okleiłem już zimmeritem, choć ten Eduardowski nie rzuca na kolana; jak porównałem ze zdjęciami to jest zdecydowanie zbyt regularny i drobny, ale nie mam odwagi bawić się w odtwarzanie go samodzielnie. Problem tylko jest z kopułka osłaniająca jarzmo przedniego km-u, mimo zaokrąglenia szpary są jak byk i nie widzę możliwości wyprowadzenia tego na równo. Chyba będę musiał pokryć plastik jakimś świństwem i próbować coś samemu powygniatać...
Jak widać, zacząłem już malować podwozie, bo wydaje mi się, ze trzeba je najpierw wstępnie złożyć i dopiero brać się na poważnie za resztę. Błotniki też mam z blach, Edkowe (nabyłem BigEda), tylko zastanawiam się, czy nie trzeba by tego lutować zamiast kleić CA; to jednak oznacza kolejne wydatki na osprzęt do lutowania, bo go nie posiadam.
Gąski z ogniwek moim zdaniem wyglądają nieźle, choć kosztują sporo roboty (trzeba zaszpachlować 90 śladów po wypychaczach, co jednak przy opowiedniej organizacji nei zajęło mi wcale dużo czasu).


