Nie ma sensu, ale uwierz mi - w moim „modelarstwie” mało jest sensu
Dostałem 110 Fujimi razem z jakimś innym zakupie od modelarza z innego forum. Egzemplarz miał być na ćwiczenia - miał połamane częściowo skrzydła (pęknięcia i odpryski plastiku na krawędzi natarcia skrzydeł), pogubione trochę części i niektóre elementy już pomalowane jakimś chu...m które dopiero po kilku „praniach” w myjce ultradźwiękowej udało się zmyć...
Ale ponieważ 110-ki to dla mnie naj, naj, naj w szkopskim lotnictwie

to jednak żal mi było wyrzucić. Tym bardziej, że wersja wydana przez Fujimi - D-1/R1 jest właściwie jedyną dostępną. Eduard w wydaniu łikendowym niby też dał tę wersję, ale w ogóle ten model eduardowski miał sporo błędów - wiem, bo mam go zrobionego w wersji E. A w dodatku wg różnych opinii w sieci, model Fujimi, mimo swojego wieku, trzyma dobry poziom. Pomijając oczywiście grubości plastiku, ale czego się spodziewać po modelu z 1977 roku
Ale skoro tak „ciśniesz” to proszę, tak to teraz wygląda:
Teraz poćwiczę na nim łosing, cziping i te inne pierdoły, w końcu samoloty się jednak brudzą
Jak widać spasowanie „brzucha” jest ujowe, nawet nie da się dobrze zamaskować w Affinity Photo

Model faktycznie można uznać jako ćwiczebny, ale tak jak pisałem wyżej, szkoda mi wywalać tej rzadkiej wersji
